• Wpisów:275
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 17:06
  • Licznik odwiedzin:5 120 / 1828 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Odliczam dni do końca roku. Ale oczywiście żeby nie było za łatwo mam do pokonania kilka przeszkód. Choćby ta w postaci jakiegoś durnego filmu który mają kręcić u mnie w szkole i moja klasa ma brać w tym udział. A ja nie chcę. Nie wiem czemu ale mój szanowny ojciec podpisał na jakimś zebraniu świstek ze pozwala na jakieś tam filmowanie i emisję (mnie o zdanie nie raczył spytać, bo skoro wszyscy to podpisywali a wychowawczyni nalegała to on potulnie podpisał) i teraz ja muszę się męczyć. Nie chcę nigdzie występować, być nagrywaną a później emitowaną. Cokolwiek to jest. Skończyłam niedawno 18 lat i teraz ja decyduję, a ja zgody nie wyrażam. Oczywiście w ruch (jak to w szkole) poszły środku przymusu bezpośredniego czyli groźba że zachowanie poleci w dół, czyli z bardzo dobrego na dobre. Przejęłam się tym niebywale, aż do tego stopnia ze nadal podtrzymuje swoje zdanie. Tak na prawdę to mogę mieć i poprawne, mam to w d** bo co mi to za różnica, nie jestem w podstawówce gdzie dobre to był wstyd. Teraz dobre to zadowala większość. Tak więc dostałam ultimatum, które ogranicza moją wolność jako jednostki, nietykalność. Nie chcę aby mnie kręcono, nie lubię tego i nie życzę sobie tego. Cóż skoro szkołą zaprosiła tę ekipę to niech się nagrywają ale beze mnie. Muszę tam być bo chodzę do tej szkoły? A co z tymi głośnymi hasłami o wolności słowa, przekonań, itd. Podobno szkoła szanuje zdanie ucznia a tu proszę, zmusza się mnie do udziały w takim przedsięwzięciu tylko po to aby dyrektor pochwalił się w telewizji, wypiął pierś, nastroszył piórka i promował się. Oczywiście to ja jestem ta zła co nie zgadza się z linią przyjętą przez "decydentów". Owszem, mam swoje zdanie i nie wygłosiłam. Narzuca się mi coś z góry, ogranicza i decyduje za mnie. Wiem jedno, że brać w tym udziału nie będę. Koniec. Nikt nie będzie rozporządzał mną w ten sposób w takich sprawach. Już nawet nie chodzi o to że nie lubię być (że tak to ujmę) uwieczniana. Chodzi o to, że mam być czyimś narzędziem w rękach, marionetką posłusznie wykonującą polecenia, uległa i ograniczana narzucanymi (bez prawnymi) rozporządzeniami. Mam potulnie słuchać i nie podskakiwać bo tak już jest w szkole (ever) że najwyżej jest dyrekcja, potem nauczyciele i pracownicy, potem rodzice a najniżej uczniowie. Przecież po co oni wgl tu są, jakieś chore pretensje o prawo do decydowania o sobie, walić to ważne aby kasa była i przywileje. Tak było, jest i będzie. Uczniów mogłoby wcale nie być. Jako taką mam świadomość społeczną i wiem ze kto nie jest uległy ma kłopoty (od wieków) tak więc chyba powinnam zbierać na prawników, bo może jeszcze nie teraz ale za jakiś czas będą potrzebni, nie poddaję się woli innym.
Skończę rok szkolny z 2 dwójkami (angielski i matematyka). Dobry wynik, myślałam że będzie gorzej. Za rok będę po maturze której boję się jak nie wiem co. Co po niej? Nie wiem, pewnie studia jakieś tam po których i tak pracy nie będzie więc zostaje zagranica. Tam poszukam szczęścia, którego w Polsce można szukać jak zaginionej Atlantydy. A co jest innym pozytywem takiej opcji to odległość od tego miejsca w którym muszę obecnie mieszkać. Jak najdalej stąd. Przerastam ich pod każdym względem.
 

 
W sumie tak patrząc, to jest niemal identycznie jak było 2, 3,5 lat temu. Zmiany jedynie kosmetyczne. Nie jestem w gimnazjum lecz w liceum, jestem już pełnoletnia, włosy mi się zniszczył, a tak nadal to samo. Punkt z którego nie drgnęłam ani o milimetr. Stoję.
Nie pisałam długo, bo w sumie nie ma za bardzo o czym. Walczę na wszystkich frontach, walczę sama ze sobą, w domu, w szkole, w społeczeństwie. Gdzie się tylko da. Robię co mogę aby przetrwać JAKOŚ. Ale nadal jestem w tym samym miejscu. Nie wiem nawet czy warto ot opisywać ale wiem że ledwo daję radę. Noszę to wszystko w sobie, jak przystało na kogoś pozbawionego absolutnie jakiegokolwiek wsparcia i zrozumienia muszę radzić sobie sama. od lat. Nie mam na kim polegać, nie mam na kogo liczyć, a sorry mam, na SIEBIE.
Nie wiem czy będę pisać codziennie ale postaram się często. Oczywiście o ile pozwoli mi na to wola miłościwie nam panująca w "domu" królowa Anna. Musze się przeto podporządkować jej fochom, nastrojom, kaprysom i łasce. Moje protesty, nawet kiedy mam oczywistą rację nie mają sensu, bo i tak wyjdzie na to że to moja wina, przecież nasza władczyni tu pociąga za sznurki.
No cóż, piszę to jako metaforę z wielką ironią ale mniej więcej tak to tu wygląda. Póki co nade mną jej manipulacje jeszcze nie górują i tak zostanie. Myśli, że może wszystko i ze wszystkimi. Nie, przeliczyła się "queen". Zdumiewająca jak można być tak przepełnionym do granic hipokryzją, chociaż tutaj to nie jest jedyna taka osoba.
Wrócę, liczę że jutro.
 

 
Beznadziejnie. Naprawdę bardzo nie fajnie jest widzieć szczęście i radość ludzi dookoła kiedy samemu jest się zdołowanym. Nie chodzi o to że życzę innym źle, lecz o to że ja bym też tak chciała. Ciężko i to bardzo żyje się, kiedy w zasadzie nigdy nie jest się szczęśliwym. Tak, nie pamiętam abym kiedykolwiek była szczęśliwa. tak teraz sięgam pamięcią i radość rzadko, jak nie nigdy nie gościła u mnie w duchu. Nawet nie mam i nie miałam ku temu powodów. Smutne, bardzo. Egzystencja pozbawiona smaku, sensu, celu i racji bytu. Nie mam niczego co ludzi czyni szczęśliwym. Ani pieniędzy, ani urody, ani figury, ani przyjaciół, ani pasji, ani sukcesów ani niczego. Zero. Do tego pozostawiona zupełnie sama (co akurat już przetrawiłam, zaakceptowała i polubiłam, bo nikt mi się tutaj nie wtranżala i lubię być sama ze sobą choć czasami to jest ciężkie i powoduje płacz), ani wsparcia ani pomocy. Jestem nikim, nic nie znaczę. Nie mam z kim pogadać. Poprosić o pomoc, zasięgnąć rady czy usłyszeć słowa otuchy, Nie ma. Tak było od zawsze więc dla mnie taka sytuacja to norma ale kiedy widzę jak inni ludzie mają to wszystko, albo choć jakąś część to znów płaczę. Nie chcę żyć. Chcę śmierci. Wierzę w Boga i wiem że jak umrę to tam już będzie lepiej. Tego pragnę, nic mnie tu nie trzyma. Ja rozpaczam. Dzień w dzień walka. Szamotam się sama ze sobą. Nie fajnie mi jest. Odpuszczam, nie chcę. Już mam dosyć, nie mam sił. Niczego nie mam. Z dupy wzięte to moje życie, nic nie daje nikomu. Po co mam jeszcze być na tej Ziemi? Zatruwam tylko powietrze i generuję wydatki. Każdy ma coś, co pozwala mu następny dzień przetrwać, dotrwać a potem jak dostanie to swoje "szczęście" to jest szczę]śliwy. Ja nie mam. Koniec. Od dawna tylko tak obijam się od dnia do dnia i nic więcej. zmiany? Dla mnie jest za późno. Stracone. Ameba emocjonalna. To moja droga krzyżowa, męka za życia, cierpienie tylko nie wiem za co, dlaczego i w jakiej sprawie. Nie fajnie jest. Nigdy nie było. Przepełniona jestem goryczą, chorobą wieku, bólem egzystencji. Rozpacz mnie zalewa. Wszystko się zawaliło, choć nie, nic się nie zawaliło bo nawet nie miało co. Od zawsze tak było. teraz przezywam tą katorgę i udrękę 1000 razy mocniej. Sama. Spada w otchłań przygnębienia, nie ma radości.
 

 
  • awatar Gość: http://allegro.pl/kurtka-zara-rozmiar-s-marynarka-okazja-i3165058451.html
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jak pozbyć się tłuszczu? Jak pozbyć się tego co mnie okleja, czym jestem i czego nienawidzę?? To, co powoduje moje całe nieszczęście i co jest winne wszelkiej nieudolności? Ohydna, tak jestem odrażająca. mam to wszystko na sobie i tego nienawidzę. Sama sobą gardzę i wiem że jestem podczłowiekiem. Potwór. inni patrzą na mnie i właśnie tak myślą, nie mylą się. Ja sama też tak myślę o sobie. Odbiera mi to jakąkolwiek choćby nadzieję na radość, nawet chwilową. Czyni upodloną. Wielkie góry, tony tłuszczu który na mnie jest. Nie mam prawa żyć, taka ogromna. Wieloryb=ja. Dlatego jest tak jak jestem strasznie. Moje życie jest bez życia. Moje życie jest martwe. OMG cóż za paradoks losu. O ironio za życia umarłam. Gdyby tak odkroić ze mnie te kilogramy, te fałdy, te ohydne cielsko zostałabym człowiekiem. Nie chcę taka być i tak żyć. Śmierć? O tak, poproszę. Walczę i walczę i walczę i.... wciąż spadam, dalej w czeluścia smutku, przygnębienia, goryczy, żalu, cierpienia, obłędu, mroku, samotności, degeneracji, upodlenia, wyszydzenia,.....
 

 
Największym moim wrogiem jestem ja sama. To że wszyscy i wszystko dookoła mnie jest mi obce oraz wrogie już dawno mnie nie dziwi, można rzec że się przyzwyczaiłam do tego. Siedzi to we mnie i często nie wytrzymuję, ale nie mam nadziei na rychłą zmianę w tej kwestii. Pewnie to jakoś, nawet w dużej mierze, wpłynęło na mnie, trochę zapewne tym przesiąkłam, niestety! Co ja mogę? Pogrążam się, dalej i dalej i dalej pochłania mnie. Pozbyłam się złudzeń, jakichkolwiek złudzeń. Zmiany jakiekolwiek są niemożliwe, chcę tylko śmierci. Wiem że przegrałam wszystko, to tzw. życie skończyło się nim się zaczęło. Czuję się jak 70-latka. Po za mną świat, czas leci ja stoję, czas leci ja stoję.... Mam dosyć tej katorgi. Nie czekam na koniec szkoły, studia, "miłość" (pusty slogan spopularyzowany przez mass media), fajne wakacje, nie... nic z tych rzeczy. Wiem, ze żadna z tych rzeczy na mnie nie czeka, ani za 2 lata, ani za 30 czy 31. Za wysokie progi jak na moje nogi. Chcę tylko skończyć tę moją drogę na Ziemi. Po co mam być? Ja nie wiem i zapewne Bóg tez nie. nikt tego nie wiem. Więc co, mam tylko psuć tlen? po co? W dupie mam wszystko i wszystkich tak jak oni mnie. To tez już normalka, nic nowego ani szokującego. Dno. Tak to dobre określenie mojego życia, dno. No i co, koniec. OD lat to samo, w kółko to samo. Gadki że "wszystko jest w twoich rękach", "wystarczy chcieć", "marzenia się spełniają" itd. tego typu sloganów, czyste bzdury! Boję się tego co mnie czeka, co będzie za jakiś czas. Nic dobrego, dlatego samo zło i to mnie przeraża. Będzie tylko gorzej. Nadzieja umiera ostatnia, ona nie żyje ja niestety jeszcze tak.
 

 
Dawno mnie nie było, dokładnie 74 dni. Nie działo się nic spektakularnego w tym czasie. Przerzuciłam się na dziennik papierowy. Myślałam czy wrócić tutaj i dalej pisać. Sama nie wiem. Przelewać tutaj swoje żale, wydaje mi się że jedynie mogę wszystkich tylko zdołować. Zero wartości. Mam ambiwalentne odczucia i nie wiem czego posłuchać. Może pisać.?
 

 
Zmęczona, zapracowana, senna i rozżalona. I to tyle na dziś bo nie mam siły ani ochoty pisać. Jutro bądźcie.
 

 
Odliczam czas do ferii. Jeszcze 4 dni, ale za to jakie wyczerpujące. Czekają mnie dni ze sprawdzianami i kartkówka, oczywiście przed feriami no bo jakby inaczej. Muszą mieć co robić w ferie nauczyciele. Już dziś kobieta od angielskiego zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę a ja nic nie pamiętałam od czwartku i pewnie laska się szykuje na nowy semestr.
Okazało się, że moja klasa ma najwyższą wśród drugich klas w szkole a jest ich 8. Dobrze na idzie. Dostałam dziś tez nasz nowy plan który obowiązuje po feriach. W sumie jest lepszy, bo więcej lekcji mamy w naszej klasie i nie musimy nigdzie łazić po szkole. Dobrze, już nie mogłam chodzić z plecakiem wszędzie a tak to wygodniej jest.
Musze wymęczyć jeszcze tylko te kilka dni. Powinnam przepisywać na czysto moje wypracowania które mam oddać do piątku an rozszerzenie z polskiego. DO tego doszło kolejne wypracowanie. Dużo tego, jestem ostatnio fabryką produkującą kolejne prace. Aż nie wiem.....
Strasznie zimno za oknem. Nie wiem jak u was, ale Warszawa biała. U mnie w mieście to nic w zasadzie nie jest odśnieżone ale co tam. Rano spóźnił się mi pociąg. Przyjechał jeden skład z mega opóźnieniem i nie zmieściłam się do niego. Jakiś horror, następny też był tłoczny ale za to dłuższy i tu już na chama się wepchnęłam. Oddychać nie mogłam, co niektórzy mówili że traktują nas (pasażerów) jak więźniów jadących do getta. Nie do końca trafne porównanie, ale warunki bardzo podobne. Ja nie wiem, KM zawodzi w zimie zawsze. A to drzwi się nie otwierają albo nie zamykają!!, albo pociągu nie ma a jak już jest to pełen po brzegi. Można by rzec witamy w Polsce.
Jutro jeszcze nawet spokojny dzień, pewnie wezmę się za przepisywanie tego towaru co na mnie czeka. Uffff Zmęczona jestem bo dopiero co ćwiczyłam a jeszcze z rana wf był i tez trochę się wymęczyłam. Na historii mnie nie pytała, brała tych co się zgłaszali na ochotnika, ja taka nie byłam. Wczoraj ledwo przeczytałam te 50 stron i miałam dosyć bo to 21 była a ja już niemal spałam na siedząco. Miałam nosa aby się za bardzo do tego nie przykładać. Tym razem się udało.
Biologia, geografia, łacina, polski: to mnie czeka. Z biologii pewnie będę mieć pomoce naukowe i z łaciny też ale z reszty to muszę się nauczyć. Taki los.
 

 
Rodząc się dostajemy coś pierwotnego, choćbyśmy tego nie chcieli to nie mamy na to wpływu. niestety. Szczęście odgrywa tu największą rolę. Jedni mają farta inni nie. Ja jestem w tej drugiej grupie. Trafiłam do miejsca i wśród ludzi zupełnie innych niż ja. Odłam społeczeństwa bez ambicji, wiary w kogoś, okazywanego wsparcia, zrozumienia, pozbawionych tolerancji, zamkniętych w swoich ścianach, idącymi utartymi drogami. Wszystko to mnie otacza, to czego ja nienawidzę i nie akceptuję. Odcinam się, oddalam bo nie chcę być taka, nie chcę tym przesiąknąć. Rodząc się tutaj z góry pozbawiono mnie szczęśliwego domu, wspaniałej rodziny, szans na przyszłości, marzeń, planów, sukcesu, itd. Czemu akurat ja? Z góry ktoś wyliczał palcem kto ma mieć nieudane życie, pełne cierpienia i niepowodzenia i to pod każdym kątem. Padło na mnie. Męczę się z życiem. Coś o co ludzie walczą, dbają i chcą chronić dla mnie jest kieratem. Najchętniej bym się tego pozbyła i mówię to w pełnej świadomości tego co się z tym wiążę. Nie zależy mi na życiu, nic dobrego mnie nie czeka. Tak był, jest i będzie. Wszyscy mają w dupie mnie, jaj mam w dupie innych z własnych życiem włącznie. Zmarnowana szansa. Tylko tlen zużywam. Cofam się, jeszcze trochę i będę w miejscu kiedy jeszcze nie istniałam, czyli kiedy jestem bez życia. Na tym mi zależy. Świat pędzi. Mija mnie, co tam. Świadomość że nic już mnie nie czeka, mimo moich 18 niespełna lat, wszystko po za mną i obok. Radosne buzie, opowiadanie o spełnionych marzeniach, o sukcesach, o sile marzeń i woli, o wsparciu i miłości w życiu. Gadanina, nie am nic wspólnego z tym co jest na prawdę w rzeczywistości. Dobra mina do złej gry, tak wygląda cała egzystencja rasy ludzkiej. Nikt nie wiem co czuję, nawet nie chodzi o to ze nikogo to nie interesuje i nikt nie jest mi bliski ani nikogo nic ze mną nie łączy, chodzi o to że rodząc się w tym miejscu i w tym domu z góry byłam na to skazana, bo inaczej żyjąc tutaj nie mogłabym myśleć. To jak widzę świat zawdzięczam, raczej powinnam powiedzieć obwiniam za to, "rodzinę". Tyle rzeczy mnie ominęło, tylu nie doświadczyłam i tak dużo zmarnowałam. Nieodwracalne, zapomniane i pogrzebane. Początek i koniec.
 

 
Nie pisałam bo że tak powiem miałam wczoraj problemy techniczne. Z resztą nie ważne i tak nic takiego się nie działo. Robię to co zawsze czyli czytam, pisze lekcje, ćwiczę i się nudzę. I tyle. Dziś chcę zacząć przepisywać moje rozszerzenie na polski na czysto. Mam tego trochę do zrobienia więc kiedyś trzeba się zabrać, a oddać muszę do piątku. Nie chce mi się nic robić. Ratuję się tym, ze za 5 dni ferie i wolne. Tak, nareszcie. Jutro czeka mnie pytanie na historii, taka forma powtórzenia bo sprawdzianu z tego nie będzie. Nic nie umiem i wątpię czy się naumiem.
Za oknem zimno i śnieżnie, zima! Wiadomo drogowcy zaskoczenia ale ja i tak nigdzie nie idę więc do jutra mam spokój relatywny. Wczoraj wieczorem strasznie się czułam, jak nie wiem co. Głowa mnie bolała (podobnie jak co wieczór) a do tego mdłości, chwilami myślałam ze się wyrzygam.
Czytam sobie HOBBITA i wciąga mnie. Nie wiem jak można tę książkę rozbić na 3 części, dziwne to i zapewne nieudane. Nie wiem, głupio zrobili. Dla kasy. Mój brat właśnie wybył na pociąg i znów mam spokój. Jak on tu jest to udaje szeryfa i myśli że się go boję. W zasadzie to wprowadza zamieszanie. Ale to przecież ideał człowieka, nieskazitelny, bóstwo wręcz, cześć i hołd mu oddać. heh Ma za wysokie mniemanie o sobie, widać to.
Kupiłam sobie wczoraj takie dobre rzeczy do jedzenia, ale póki co tego nie ruszyłam bo jestem nażarta po uszy tym co w domu jest. Trzymam na czarną godzinę. Czeka mnie ciężki tydzień, nieeeee, ściągi w ruch!
 

 
I zaczynamy weekend. Jeszcze tydzień do ferii. jestem trochę zmęczona. Najpierw pojechałam z koleżanką na Aleje Jerozolimskie do antykwariatu a potem do Wola Parku na zakupy. Jak tu w naszym przypadku zawsze niemal jest niczego nie kupiłyśmy tylko się wymordowałyśmy i tyle. Jakoś tak nigdy nie mogę niczego kupić jak jestem na zakupach po lekcjach. Jezu, czekam aż szkoła się skończy i wtedy pojadę coś sobie kupić bo na razie to cienko jest. Muszę dokończyć to rozszerzenie przed wolnym, sprawdzianów mam kilka i poprawę łaciny. Jazda.... a tak po za tym to normalka. lekcje był dziś po 30 minut. Szubko minęło ale jakoś dziwnie wyczerpująco było. Facet od matematyki chciał nam wcisnąć na piątek jeszcze swój sprawdzian ale stanowczo zaprotestowaliśmy bo mamy już 3 w tym tygodniu i jeszcze kilka innych rzeczy więc go przekrzyczeliśmy i zapisał go na po feriach. Nie wiem czemu ten idiota myśli że jak przyjdzie tydzień przed to mu się uda. Kobieta od geografii zapisała sprawdzian na 24 stycznia tuż po świętach. Co on sobie myśli, półgłówek z niego.
Moja średnia na semestr to 3.36. Dobrze, mam tylko trzy 2 a reszta tylko w górę. Dobrze mi poszło nawet. Chcę poprawić się z angielskiego, muszę się zacząć uczyć tego języka wreszcie bo jak ja maturę napisze później.
Szał ciał w mediach bo piłkarze ręczni wygrali w ostatnich sekundach i wszyscy się zachwycają. Dobrze, że wygrali ale jakoś to mnie tak nie porywa jak f1, piłka nożna czy choćby skoki narciarskie. Kto co lubi.....
Jutro muszę się wybrać na zakupy do supermarketu bo kilka rzeczy mi brakuje ale to nic ważnego, zwyczajne. Robota czeka, aż mi się nie chce o tym myśleć. I to wszystko jeszcze przed feriami, nie..... Dziś jest w tv WŁADCA PIERŚCIENI, uwielbiam to!
Mówi się dookoła tyle o tej grypie i o chorobach a mnie od lat nic nie bierze. Czemu? Chętnie bym sobie zachorowała i poleżała z tydzień. Odpoczęła, nadrobiła jakieś zaległości, ponudziła się i nic nie robiła. Kurdę. Nawet nie staram się jakoś specjalnie dbać o zdrowie, żadnych lekarstw ani niczego nie biorą i zdrowa jestem. Wszyscy się ubierają grubo, biorą jakieś trany i inne chujostwa i chorują co rusz a ja nic. Złą jestem, też chcę czasem zachorować a nie wiecznie zdrowa. Jak an złość.
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dziwny dzień, on się jeszcze nie skończył. Cały czas przezywam to co się wczoraj stało, nadal nie rozumiem czemu ta moja koleżanka tak zrobiła. Nie mogę jej do niczego zmusić ale kurde głupio robi. Dziś na matematyce była taka akcja że mało sprawa się nie rypła. Swój początek bierze ona wczoraj. na wosie pisałam o tym wszystkim z taką jedną która wie o wszystkim i podziela moje zdanie. Pisałyśmy co o tym myślimy, co o nim sądzimy i o tym wszystkim. Dziś na matematyce nie wiem skąd ta kartka wzięła się na ławce właśnie jego i jej (bo oni razem siedzą) z jakimiś malunkami. Chyba tego nie czytał, bo ta dziewczyna patrzy co to jest i sama zaczęła czytać. I tak do nas "co to kurwa jest, zabierzecie to bo on zobaczy..." Ja i ta druga moja rozmówczyni z wosu tak patrzymy i nie wiemy skąd to się wzięło. obie takie przestraszone się go pytamy czy to przeczytał a on ze nie. Więc ulżyło nam. Wzięłam tą kartkę, podarła i wyrzuciłam do kosza. Ja nie mogę, gdyby on to zobaczył pewnie nie było by fajnie, pomyślał by sobie że wszyscy już wszystko wiedzą, że plotki, że się śmieją i pewnie byłby przez to poniekąd upokorzony a tu nie o to chodzi. Ufffff Wszystkie trzy takie przestraszone byłyśmy. hehehehhe
Potem jak wracałam pociągiem to drzwi się popsuły i najpierw nie dało się wsiąść a potem z niego wyjść na stacji u mnie. Jakiś tacet taki awaryjnym przyciskiem to otworzył i wszyscy wypadli na peron ale jeszcze trochę a pojechałabym dalej. Dziwny dzień. Niech się skończy. Właśnie zobaczyłam ze będę mieć 2 z polskiego. Jakaś kpina. Nienawidzę nauczycielki mojej. Widać po niej że faworyzuje swoich pupilków, jest uch chyba 5 w klasie. Najchętniej by się nimi obstawiła a resztę posłała do diabła. Rozmawia sobie z nimi, chwali i generalnie widać ze reszta ludzi jej przeszkadza. Ja przestałam się odzywać na lekcjach już w zeszłym orku, nie wiem od kwietnia może. Nie mówię nic jeśli nie muszę. A muszę tylko wtedy kiedy ona każe coś powiedzieć i to zazwyczaj są rzeczy których ja nie wiem. Nawet na nią nie patrzę, siedzę całe lekcje i patrzę się w zeszyt, słucham i piszę albo słucham i patrzę się gdzieś byle nie na nią. Po co mam cokolwiek mówić skoro i tak zaraz jej jakiś protegowany powie coś lepszego i mnie przekrzyczy i jeszcze okaże się ze to co powiedziałam to głupota. Nie będę się kompromitować. Niech oni sobie się tam razem bawią, gruchą sobie na wzajem i ćwierkają a ja nie będę nikomu przeszkadzać. Siedzę cicho i dobra. Ale jej osoba strasznie mnie wkurwia, niesamowicie. nawet co niektórzy w klasie mówią ze widać że siedzę do niej z pogardą. W dupie ją mam. Idiotka, widać że jest taka nieporadna życiowo a w domu dla rozrywki czyta Mikołaja Sępa Szarzyńskiego. Każda lekcja z nią jest dla mnie udręką. Złą jestem dziś strasznie. Facet na matematyce znów się czepia. Dziś mu odpowiedziałam, zarzucił mi że tylko siedzę i gadam a nic nie piszę. I tak do mnie CZY MAM ZOBACZYĆ TWÓJ ZESZYT? z głupią miną ze pewnie nic tam nie mam z lekcji i że mnie przyłapał a ja będę już grzecznie siedzieć. Na co ja wstałam i rzuciłam mu w twarz niemal tym zeszytem. Idiota. Tak patrzy i patrzy a tam wszystko jest z lekcji. Noi zabrałam zeszyt i usiadłam na miejsce. hheheheheh głupio mu było.
jutro piątek, nareszcie, czekam na niego od niedzieli. Jak zawsze. Tydzień do ferii. Wspaniale. Wkurwiona jestem tym polskim że aż nie mogę o niczym innym myśleć. Nosi mnie. Piepszona baba....
 

 
Poprawiłam. Mam 5 z wos'u i 3 z chemii. Cudem ale jest. Super. Ciesze się bardzo. Źle mi było z tą 4 ze społeczeństwa, najbardziej lubię ten przedmiot i to temu.
A tak to nuda. Jest mama afera z taką moją dobrą koleżanką z klasy. W sumie to zabawna historia. Dziś przychodzi do mnie na przerwie i mówi ze taki jeden chłopak od nas z klasy zaprosił ją do teatru. Mówi że nie pójdzie, co on sobie wyobraża, że jest dobrym kolegą i tylko tyle, że ona nie chce by robił sobie jakieś nadzieje itd. Ja an to że to tylko teatr i nic więcej, że pewnie długo zbierał się na to żeby jej to zaproponować i pewnie ciężko to zniesie. Mówię by poszła, przecież to jeszcze nic nie znaczy i ona nie wiem o co mu chodzi, może chce tylko iść z kimś fajnym do teatru i tyle, a ona robi jakieś chore wyobrażenia o tym. I tak namawiałam ją cały czas aby poszła. Tak na marginesie to oni strasznie fajnie razem wyglądają, bardzo do siebie pasuję, ładną by byli parą, pasują charakterami dobrze się dogadują. Niedawno dostałam od nie sms'a ze odmówiła mu, on ją jeszcze przekonywał ale ostatecznie napisał jej że szkoda. Strasznie mi żal jego jest, bo znam go i nie należy do najśmielszych i pewnie głupio teraz się czuje. Kwas jakiś taki będzie między nimi. Generalnie to jest tak że trzymamy się razem w klasie (ja, ona, ten chłopak i jeszcze jedna dziewczyna, siedzimy zazwyczaj tak że ona z nim na ostatniej ławce a ja z ta drugą dziewczyną przed nimi na przedostatniej). Kurde, chciałabym aby poszła z nim a ona nie chce. Nie mogę jej zmusić ale tak byłoby super. Jutro może ją przekonam choć wątpię.
Nie mam jutro żadnego sprawdzianu ani niczego. Super, dawno tak nie miałam. Oddałam się dziś HOBBITOWI, wspaniałą książka. nie wiem jak oni to podzielili na 3 części ale to był raczej zły pomysł. Zmęczona jestem, był rano sprawdzian z łaciny. Miałam ściągi ale nic się nie udało spisać. Ściągaliśmy jak zawsze pilnowała jak nigdy. Serio, dziwne to było. Mam nadzieję że na poprawie będzie lepiej. W piątek studniówka mojej szkoły i lekcje mamy po 30 minut. Świetnie się składa bo akurat mam ich aż 8! Suszy mnie, strasznie chce mi się pić. Więc piję i piję i nic. Nadal mam pragnienie. Rany......
Idzie zima, podobno. Nie wiem jak to wytrzymają kaloryfery w mojej szkole.
 

 
Wreszcie się dorwałam do komputera. A tak to nic nadzwyczajnego się nie działo. Dostałam 2 z matematyki za piątkową kartkówkę, ulżyło mi. Wszystko co miałam przepisałam od koleżanki która siedziała za mną i to w sumie dzięki niej. Aż jej chyba jakąś czekoladę kupię. Na prawdę, bałam się ze będzie jedynka jak nic. Idiota robi te sprawdziany tak, ze nie wiadomo o co chodzi. Co innego robi na lekcji a co innego tam. Moja klasa ma prawo do siedzenia na przerwie w klasie a on powiedział żebyśmy wyszli bo on musi z kimś pogadać (spoza naszej klasy). Bez jaj, gości sprasza do nas i mówi ze mamy wyjść. Nie może przecież. Przyszedł do naszej szkoły dopiero w tym roku i widać nie zna zasad. Wszystko to jest zapisane w regulaminie. Nauczyć się go nie da bo on uważa siebie za alfę i omegę i tylko on ma rację, nic mu się nie powie nawet nauczyciele mają z nim taki problem. Sam mówi coś ale kiedy ktoś chce mu coś na to odpowiedzieć to wychodzi. Jak tu z takim kimś funkcjonować.
Nie ma jutro biologii. Bardzo fajnie. Miałam jutro poprawiać wos bo chciałam mieć 5 ale jakoś nie zebrało mi się na naukę i zostanę z ta 4. Na koniec roku będę mieć 5. I tak w sumie ta semestralna nigdzie nie idzie.
Śmierdzi mi szafka w szkole. Mam tam chyba z 5 p[ar butów, książki, strój na wf, krawat szkolny, wodę i pudełko po butach (nie wiem po co) i jebie strasznie. Wstyd ją otwierać przy ludziach.
Jutro sprawdzian z łaciny, moje pomoce przygotowane i liczę że zaliczę. Chciałabym.
Miałam dziś pisać te interpretacje ale jakoś mi nie wyszło. Nawet się za to nie zabrałam. Jaki leń jestem. Chciałam, serio, ale jakoś czasu nie było, może później wezmę się do roboty.
Dziewczyny którą mam za zadanie wykurzyć z klasy nadal nie ma. Cóż, poczekam kiedyś przyjdzie. Mnie się nie śpieszy. Ojojjojojooj biedna. Sama sobie na to zasłużyła. Poczekam....